piątek, 18 stycznia 2013

Prolog - Hell is round the corner



Kiedy to się zaczęło? Dobre pytanie… pamiętam, zawsze ciągnęło nas do siebie- od najmłodszych lat. Inni często określali nas jako esencję dzieciństwa. Budowanie szałasów, zabawy w policjantów i złodziei, gra w berka czy nawet wspólne nudzenie się. Tak, nasza czwórka tym właśnie zajmowała się kilka lat temu. Kiedy jeszcze byliśmy nieświadomi, niewinni… a może niedoświadczeni? Nie wiem, chyba nie chcę wiedzieć. Wtedy wszystko wydawało się proste- tylko my i nasze rowery. To były owe szczęśliwe czasy. W ósmej klasie dopadł nas motocyklowy szał: Everett dostał Suzuki na swoje czternaste urodziny, pamiętam jaki był dumny, kilka tygodni później Jason skończył naprawiać swojego Choppera, wcześniej należącego do kuzyna(któremu został odebrany po wypadku-nieszkodliwym oczywiście) i nazwał go Dolly, mój Münch był prezentem z okazji ukończenia ósmej klasy, a Trista…och, nawet nie mogę o niej myśleć bez tego nieprzyjemnego ucisku w klatce piersiowej. Ale wiem, muszę kontynuować. Wakacje przed liceum zmieniły nasze życie. Całej czwórki. Widzieliśmy istoty, których widzieć nie powinniśmy, wielokrotnie byliśmy w piekle i stamtąd wróciliśmy. Przynajmniej tak myślałam…

Szybowanie, cudowne uczucie, gdy Twoje ciało unosi się nad ziemią, ta wolność… i nagle w tle pojawia się ciche, aczkolwiek irytujące pikanie i szum jakiejś aparatury. Nozdrza wyłapują nieprzyjemny zapach chemikaliów, a ciało traci lekkość i zdajesz sobie sprawę, iż wszystko Cię boli. Chcesz coś powiedzieć, ale masz sucho w ustach, więc z trudem unosisz niezwykle ciężkie powieki i dostrzegasz nad sobą biały, właściwie lekko pożółkły sufit. Jeżeli miałeś wątpliwości, teraz jesteś całkowicie pewien- to szpital. W tym przekonaniu utwierdzają Cię rurki, którymi jesteś podczepiony do kroplówek. Właśnie taka pobudka spotkała Leandrę. Kiedy tylko udało jej się nabrać powietrza w płuca(nie sądziła nawet, że to może być tak trudne), znów próbowała przemówić. Zamiast przyjemnego dla ucha altu, z jej gardła wydobyło się ciche charknięcie.
- Pić… - wydała z siebie ledwo słyszalny, ochrypły szept. Mimo, iż to tylko trzy głoski, dziewczyna była równie zmęczona, jakby kilka razy przebiegła maraton. Zamknęła oczy i znów zaczęła ciężko oddychać. Zdawała się nie słyszeć przejętego wołania matki, która ciągle powtarzała: ,,Lea, kochanie, tak się martwiłam”. Zamiast tego, w głowie odtwarzała przebieg wydarzeń. Strych, przejście przez lustro… to miało być zwykłe zadanie, nieszkodliwy demon. Zgliszcza, spalony las. Jason przerzucający energię na Rosemary(nawet rewolwer nazwał) - popisowy numer.  Everett zwiększający moc mojej kuli ognia. Trista pilnowała przejścia. Nikt nie mógł się przedostać. Co było potem? Dziewczyna nie potrafiła sobie niczego więcej przypomnieć. Wtedy tata przyniósł upragnioną wodę. Jasnowłosa z trudem wyciągnęła rękę do góry i zmieniła pozycję z leżącej na półsiedzącą. Mocno ścisnęła butelkę i łapczywie upiła łyk chłodnej cieczy, rozkoszując się jej ledwo wyczuwalnym smakiem. Z jej nikłych wspomnień, ostatnie, co przed wodą miała w ustach, to kurz, więc życiodajny napój stanowił niezwykle przyjemną odmianę. Niecałe dwadzieścia sekund później półlitrowa butelka była pusta, a Lea czuła się odrobinę lepiej.
- Co… co się stało? - zapytała powoli, opierając się obiema rękami o poręcze łóżka.
- Jechaliście na koncert… pijany kierowca… -  o ile to możliwe, głos matki brzmiał jeszcze gorzej niż głos jasnowłosej. – Odniosłaś najcięższe obrażenia, chłopcy są tylko trochę poturbowani…- dodała kobieta, jakby wyczytała z myśli córki, że właśnie chciał pytać o przyjaciół.
- A… a Trista? - wzrok Leandry podążał z matki na ojca. Przez dłuższą chwilę żadne z nich nie przemówiło.
- Nie pojechała z wami, tylko…- ojciec odezwał się po raz pierwszy, od kiedy Lea go tutaj ujrzała. Nigdy nie był zbyt gadatliwy. Teraz jednak przerwał, wypatrując jakiejkolwiek reakcji na twarzy córki.- Kochanie, ona… nie wiem, czy powinienem ci to teraz mówić… - przerwał i lekko rozmasował skronie dłonią. Dopiero w tej chwili Lea zwróciła uwagę na jego strój- nie miał na sobie garnituru, jak na biznesmena przystało, tylko zwykłe, jeansowe spodnie i koszulkę polo. Ale to nie odwróciło uwagi dziewczyny na długo.
- Co z Tristą? – jej głos zabrzmiał władczo i jakby ciężko. Nigdy wcześniej nie zwracała się tym tonem do żadnego z rodziców. Teraz jednak wbiła swoje różnokolorowe oczy w twarz ojca. Zwykle speszyłaby się, gdyż nienawidziła heterochronii całym sercem- jej oczy co prawda różniły się tylko o dwa odcienie(niby bursztynowe, jednak lewe było zielono-żółte, gdzieniegdzie z dodatkiem brązu, a prawe niemalże czekoladowe, z malutkimi przebłyskami żółci i zieleni), tym razem intensywnie przeszywała wzrokiem pana Charltona.
-… uciekła z domu – dokończył mężczyzna. Niby coś jeszcze mówił, ale jedyne, co docierało do Lei to bicie jej własnego serca i dziwny szum. Wiedziała, że ucieczka z domu to bujda. Oznaczało to tylko jedno- Leandra nie była jedyną osobą, która ucierpiała podczas tej pseudo-rutynowej akcji.

- Patrz prosto – oznajmił lekarz i wycelował w oczy Leandry światełko swojej latarki(przynajmniej ona zawsze nazywała to latarką). – Jak się nazywasz? – kontynuował lekko znużonym tonem, co wcale nie zachęcało dziewczyny do współpracy.
- Leandra Joy Charlton – odpowiedziała równie rozentuzjazmowanym tonem. W takiej chwili Trista powiedziałaby, że połamane krzyże na opuszczonym cmentarzu mają w sobie więcej radości i życia, niż Lea. Dziewczyna uśmiechnęła się na tę myśl, ale jej radość nie trwała długo. Tristy nie było. Zniknęła…
- Wiek? – lekarz nie wykazywał zbytniego zainteresowania rozmową.
- 16, prawie 17 lat – już chciała powiedzieć ,,nie twoja sprawa”, ale to raczej nie zabrzmiałoby za dobrze. Przygryzła wargi i od razu tego pożałowała. Jej usta były tak spękane, że pod wpływem lekkiego dotknięcia zębów, zaczęły leciutko krwawić.
- Jaki mamy miesiąc? – usiadł przy biurku i zaczął coś notować.
- Marzec – przejechała językiem po zakrwawionej wardze i przełknęła ślinę, wzdrygając się lekko. Myślami ciągle wracała do swojej przyjaciółki, nie miała ochoty odpowiadać na bzdurne pytania lekarza. Zaczęła wpatrywać się bezmyślnym wzrokiem w gips, który zakrywał jej całą prawą nogę. Próbując skupić swoją uwagę na czymś mało istotnym, stwierdziła, że…
- Nie wyglądasz jak rozstawiony cyrkiel – usłyszała głos lekarza i popatrzył na niego ze zdumieniem. Czyżby ten niewysoki, łysiejący mężczyzna potrafił czytać w myślach? – Zapewne pomyślałaś na głos – dodał, widząc jej speszoną minę. Pokiwała głową i wymamrotała coś, co miało brzmieć jak ,,zapewne”.
- Chciałabym się z kimś zobaczyć – oznajmiła po kilku chwilach ciszy. Lekarz na sekundę podniósł wzrok i wzruszył ramionami.
- Odwiedziny są do 18. Jest 14.28, więc proszę bardzo – znów wzruszył ramionami. Traktując to jak zachętę, blondynka pożegnała się i wyjechała wózkiem z sali badań. Cóż za ironia, jeszcze kilka dni temu jeździła swoim ukochanym motocyklem, a teraz nie potrafiła nawet stanąć o własnych siłach. Wyciągnęła telefon z kieszeni bluzy i wysłała Everettowi i Jasonowi krótką wiadomość. Nawet nie sili al się na formułowanie dwóch oddzielnych- użyła opcji ,,kilku odbiorców”. Zresztą, zawsze się tak kontaktowali.
Po trzydziestu minutach, które zdawały się trwać nieskończoność, Charlton w końcu usłyszała pukanie do drzwi. Oczywiście, zanim odpowiedziała, chłopcy weszli do sali. Jak zwykle- Everett szedł przodem. Jego ciemne, kręcone włosy były trochę dłuższe niż zwykle i sięgały prawie do czekoladowych oczy chłopaka, niemalże całkowicie zasłaniając jego ciemne brwi. Mimo, że miał na sobie znoszone wycieruchy i ciemnoszarą koszulkę z logiem heavymetalowego zespołu, rysy jego twarzy sprawiały, że wyglądał jak uroczy aniołek z dołeczkami w policzkach pojawiającymi się za każdym razem, gdy jego pełne usta wykrzywiały się w uśmiech, mówiący: ,,wiem, o  czym myślisz. Wiem, że myślisz o tym, co moglibyśmy razem robić”. Podszedł do Lei i posłał jej swój specjalny uśmiech. – Wyglądasz jak śmierć, Dzwoneczku – przegarnął włosy dziewczyny i cmoknął ją w czoło. Zachowywał się beztrosko, ale jego nastrój nie przeniósł się na nikogo. Jason przeczesał dłonią swoje ciemnoblond włosy i niemalże bezszelestnie opadł na krzesełko. Jedyny dźwięk jaki powstał, to szelest jego skórzanej kurtki. Nigdy nie przepadał za oglądaniem przejawów czułości między Evandrą(tak nazywali ich znajomi), więc zaczął czytać gazetę,  która leżała na stoliku obok. Z racji, że nie wziął okularów, zaczął trochę mrużyć swoje jasne oczy, przez co jego twarz wydała się jeszcze bardziej drapieżna. Tak, drapieżna to dobre słowo. Zwłaszcza, kiedy usta zacisnął w linię, jakby hamował się przed powiedzeniem czegoś. Z racji, że od czytania bolały go oczy, odłożył niezbyt ciekawe pismo i potarł ręką swój orli nos. Tego dnia wyglądał jakby poważniej niż zwykle, chociaż jego już męskie rysy zazwyczaj wyglądały poważnie. Pochylił się do przodu, opierając długie, trochę umięśnione ręce na kolanach, po czym umieścił swoją kwadratową szczękę na koszyczku z dłoni. Jeszcze niedawno był wysokim dzieciakiem z trochę za długimi kończynami, a teraz wyglądał jak jakiś pociągający, czarny charakter. Przenikliwe spojrzenie myśliwego, wyćwiczone mięśnie, ciemne ubrania i aura tajemniczości. Zawsze jednak pozostawał w cieniu swojego przyjaciela, nawet, jeżeli wszystkim nad nim górował- miał lepsze wyniki w nauce, większą wiedzę praktyczną, był bardziej wysportowany, wyższy o dobre 12 centymetrów i przede wszystkim, w przeciwieństwie do Everetta był godny zaufania. A jednak nie zależało mu na pozycji lidera, często godził się na najgłupsze pomysły przyjaciela, jakby nie wierzył w siebie. No cóż, nie wierzył. Przyzwyczaił się do bycia cieniem i nie przeszkadzało mu to, zazwyczaj.
- Dobrze wiedzieć, że jakoś się trzymasz- oznajmił wypranym z emocji barytonem, siląc się na słaby uśmiech, który po nanosekundzie zniknął z jego twarzy. Jason często wydawał się na co najmniej 20 lat starszego niż w rzeczywistości- sprawiał wrażenie zmęczonego życiem mężczyzny, mającego już o wiele za duży bagaż doświadczeń. Wrażenie potęgowały podkrążone oczy, takie, jak tego dnia.
- Ja też się cieszę, że was widzę – odparła równie sucho Leadra i wzięła głęboki wdech. -…ale wiem, że Trista nie uciekła z domu- dodała w oczekiwaniu na ich reakcję, nieświadomie przygryzła wargę, jeszcze bardziej ją kalecząc. Jason potarł twarz dłońmi, jakby się mył lub chciał odpędzić zmęczenie, wyprostował się na krześle i oparł plecami o chłodną ścianę. Everett natomiast zaczął nerwowo bawić się końcówką bursztynowo-złotych włosów Lei i zrobił dziwną minę, jakby przełknął coś niezwykle kwaśnego.
- Wiesz, jestem jakby bohaterem… - zaczął, a gdy tylko wymówił słowo ,,bohater”, Jason prychnął cicho. -… dopilnowałem przejścia – dokończył, nie zważając na reakcję przyjaciela i uśmiechnął się, czekając na aplauz.
- Dopilnowałeś? – głos wyższego ociekał wręcz obrzydzeniem do przyjaciela.
- Co? Nie rozumiem… - Lea nie wiedziała, na kogo ma patrzeć.
- Kiedy demon gruchnął w ciebie zaklęciem i zemdlałaś, Jason zajął się tobą i wróciliście przez portal do starego magazynu. Wtedy ja pomogłem Tris i skumulowałem jej moc, ale cały ten ich demoniczny gang był cholernie blisko – odsunął się kawałek, żeby dziewczyna mogła widzieć całą jego postać.  Przerwał na chwilę, jakby chciał zbudować większe napięcie. Ciszę przerywało tylko miarowe pikanie aparatury- od razu po powrocie z badań, Leandra znów została podpięta do niekończącej się ilości rurek. – więc musiałem nas ratować. Rozumiesz, żeby demony się nie przedostały do naszego świata. Więc zniszczyłem portal. No wiesz, zbiłem lustro na drobniutkie kawałki – nie musiał tego tłumaczyć, bo gdy odkryli lustro i księgę, od razu dowiedzieli się, jak w razie potrzeby zniszczyć przejście. Swoją drogą, od kiedy Charlton dowiedziała się, że lustro jest portalem do piekieł, zaczęła spędzać przed swoim(nie-magicznym, nieobciążonym klątwą) znacznie mniej czasu.
- Um… Trista oszalała i uciekła? – zapytała z niedowierzaniem w głosie blondynka, przerywając ciemnowłosemu moment zadumy.
- To  by była naprawdę wspaniała alternatywa… - w głosie Jasona słychać było zawód i ból. To nie oznaczało niczego dobrego.
- Nie. Uratowałem nas, ale Trista nie przeszła przez portal – spuścił wzrok, czekając na werdykt.
- Co?! Jak mogłeś?! – pikanie aparatury gwałtownie przyspieszyło, gdy Lea wpadła w szał. – Ty bezmyślna maso! Zrobiłeś z niej MIĘSO ARMATNIE! – nie potrafiła opanować krzyku, chociaż jej głos się łamał. – Zabierał te wstrętne łapy, tchórzu! Nienawidzę cię! Jak ty w ogóle możesz patrzeć w lustro?!- krzyczała, jednak coraz ciszej, gdyż była coraz bardziej wyczerpana. – Wynoś się! Nawet nie waż się tu wracać! – chłopak był wyraźnie zszokowany tymi słowami.
- Ale…ale Dzwoneczku… - zaczął.
- Nie mów do mnie Dzwoneczku! Nic do mnie nie mów! Wynocha, nienawidzę cię! – teraz jej głos bardziej przypominał szloch. Pierwszy raz została nazwana Dzwoneczkiem przez Tristę, w pierwszej klasie podstawówki. Przyjaciółka uznała bowiem, iż kiedy Lea się naburmuszy, wygląda zupełnie jak postać z bajki. W tej sytuacji jednak każde wspomnienie związane z Tristą sprawiało ból. Tak bardzo ją zawiedli, a Everett jeszcze chciał tytułować się bohaterem.
Świat zewnętrzny zupełnie nie docierał do panny Charlton. Zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo się trzęsie, gdy znalazła się w niepewnym uścisku Jasona. No tak, znali się tyle lat, a tak naprawdę unikali swojego dotyku. Chyba dlatego, że chłopak był tak nieśmiały, a Lea nie chciał go speszyć.  Ale teraz to blondyn wyszedł z inicjatywą i to on szeptał słowa pocieszenia wprost do ucha dziewczyny.
Sama nie zdawała sobie sprawy z mijania czasu, ale Jason najwyraźniej nie stracił orientacji w czasoprzestrzeni, gdyż kilka minut przed osiemnastą odsunął się i popatrzył w oczy Lei.
- Hej, pewnie nie słuchałaś mnie za bardzo, ale teraz już musisz – widać było, że stara się brzmieć pogodnie. Nie wychodziło mu to, ale się starał. Patrzył w zapłakane oczy dziewczyny z pełnym skupieniem. – Kiedy znaleźliśmy księgę i lustro, zanim uznaliśmy, że wypowiedzenie zaklęcia jest zabawniejsze niż wywoływanie duchów- zaczął, zastanawiając się, czy Charlton już wie, o co mu chodzi.
- Nieźle się zdziwiliśmy, kiedy zaklęcie faktycznie podziałało – wywróciła oczami. Chłopak zrobił to samo i roześmiał się gardłowo.
- Nie mów, że o tym nie marzyłaś, podczas wypowiadania zaklęcia – zrobił minę detektywa. - Ale nie mamy na to czasu. W księdze było napisane, że dopóki możemy przedostać się do piekieł, dopóty mamy nasze moce. Więc… - nie mógł dokończyć zdania, gdyż przyszedł lekarz dyżurny i kazał mu wyjść. Oczywiście, jak na przykładnego obywatela przystało, Jason posłusznie opuścił salę. Na odchodnym dodał tylko ,,sprawdź to” i już go nie było.

Muzyka zawsze przynosiła jej ukojenie, więc kilka minut po wyjściu przyjaciela, jasnowłosa włączyła radio, które stało na szafeczce obok jej szpitalnego łóżka. Z niemałym trudem wyplątała się z kabli i usadowiła na wózku, po czym podjechała pod umywalkę i przemyła napuchniętą twarz. Powrót na łóżko okazał się trochę łatwiejszy, niż wcześniej sądziła. Nie oznacza to jednak, że należał do łatwych. Gdy już podpięła się do kroplówki, resztki swoich sił skupiła na wyobrażeniu sobie płomienia. Wyciągnęła przed siebie dłoń zaciśniętą w pięść, a kiedy ją otworzyła, powstał malutki płomyczek. Szybko znów zacisnęła pięść i pierwszy raz tego dnia wydała z siebie westchnienie ulgi.
Trzymaj się, Tris. Wrócimy po ciebie, obiecuję - ta myśl ukołysała ją do snu.
_______
Dziękuję, że dotarłeś/łaś aż tutaj. Z chęcią wysłucham opinii, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych.