Kiedy to się zaczęło? Dobre pytanie… pamiętam, zawsze
ciągnęło nas do siebie- od najmłodszych lat. Inni często określali nas jako
esencję dzieciństwa. Budowanie szałasów, zabawy w policjantów i złodziei, gra w
berka czy nawet wspólne nudzenie się. Tak, nasza czwórka tym właśnie zajmowała
się kilka lat temu. Kiedy jeszcze byliśmy nieświadomi, niewinni… a może
niedoświadczeni? Nie wiem, chyba nie chcę wiedzieć. Wtedy wszystko wydawało się
proste- tylko my i nasze rowery. To były owe szczęśliwe czasy. W ósmej klasie
dopadł nas motocyklowy szał: Everett dostał Suzuki na swoje czternaste
urodziny, pamiętam jaki był dumny, kilka tygodni później Jason skończył naprawiać
swojego Choppera, wcześniej należącego do kuzyna(któremu został odebrany po
wypadku-nieszkodliwym oczywiście) i nazwał go Dolly, mój Münch był prezentem z
okazji ukończenia ósmej klasy, a Trista…och, nawet nie mogę o niej myśleć bez
tego nieprzyjemnego ucisku w klatce piersiowej. Ale wiem, muszę kontynuować.
Wakacje przed liceum zmieniły nasze życie. Całej czwórki. Widzieliśmy istoty,
których widzieć nie powinniśmy, wielokrotnie byliśmy w piekle i stamtąd
wróciliśmy. Przynajmniej tak myślałam…
Szybowanie, cudowne uczucie, gdy Twoje ciało unosi się nad
ziemią, ta wolność… i nagle w tle pojawia się ciche, aczkolwiek irytujące
pikanie i szum jakiejś aparatury. Nozdrza wyłapują nieprzyjemny zapach
chemikaliów, a ciało traci lekkość i zdajesz sobie sprawę, iż wszystko Cię
boli. Chcesz coś powiedzieć, ale masz sucho w ustach, więc z trudem unosisz
niezwykle ciężkie powieki i dostrzegasz nad sobą biały, właściwie lekko
pożółkły sufit. Jeżeli miałeś wątpliwości, teraz jesteś całkowicie pewien- to
szpital. W tym przekonaniu utwierdzają Cię rurki, którymi jesteś podczepiony do
kroplówek. Właśnie taka pobudka spotkała Leandrę. Kiedy tylko udało jej się
nabrać powietrza w płuca(nie sądziła nawet, że to może być tak trudne), znów
próbowała przemówić. Zamiast przyjemnego dla ucha altu, z jej gardła wydobyło
się ciche charknięcie.
- Pić… - wydała z siebie ledwo słyszalny, ochrypły szept.
Mimo, iż to tylko trzy głoski, dziewczyna była równie zmęczona, jakby kilka
razy przebiegła maraton. Zamknęła oczy i znów zaczęła ciężko oddychać. Zdawała
się nie słyszeć przejętego wołania matki, która ciągle powtarzała: ,,Lea,
kochanie, tak się martwiłam”. Zamiast tego, w głowie odtwarzała przebieg
wydarzeń. Strych, przejście przez lustro… to miało być zwykłe zadanie,
nieszkodliwy demon. Zgliszcza, spalony las. Jason przerzucający energię na Rosemary(nawet
rewolwer nazwał) - popisowy numer. Everett zwiększający moc mojej kuli ognia.
Trista pilnowała przejścia. Nikt nie mógł się przedostać. Co było potem?
Dziewczyna nie potrafiła sobie niczego więcej przypomnieć. Wtedy tata przyniósł
upragnioną wodę. Jasnowłosa z trudem wyciągnęła rękę do góry i zmieniła pozycję
z leżącej na półsiedzącą. Mocno ścisnęła butelkę i łapczywie upiła łyk chłodnej
cieczy, rozkoszując się jej ledwo wyczuwalnym smakiem. Z jej nikłych wspomnień,
ostatnie, co przed wodą miała w ustach, to kurz, więc życiodajny napój stanowił
niezwykle przyjemną odmianę. Niecałe dwadzieścia sekund później półlitrowa
butelka była pusta, a Lea czuła się odrobinę lepiej.
- Co… co się stało? - zapytała powoli, opierając się obiema
rękami o poręcze łóżka.
- Jechaliście na koncert… pijany kierowca… - o ile to możliwe, głos matki brzmiał jeszcze
gorzej niż głos jasnowłosej. – Odniosłaś najcięższe obrażenia, chłopcy są tylko
trochę poturbowani…- dodała kobieta, jakby wyczytała z myśli córki, że właśnie chciał
pytać o przyjaciół.
- A… a Trista? - wzrok Leandry podążał z matki na ojca.
Przez dłuższą chwilę żadne z nich nie przemówiło.
- Nie pojechała z wami, tylko…- ojciec odezwał się po raz pierwszy,
od kiedy Lea go tutaj ujrzała. Nigdy nie był zbyt gadatliwy. Teraz jednak przerwał,
wypatrując jakiejkolwiek reakcji na twarzy córki.- Kochanie, ona… nie wiem, czy
powinienem ci to teraz mówić… - przerwał i lekko rozmasował skronie dłonią.
Dopiero w tej chwili Lea zwróciła uwagę na jego strój- nie miał na sobie
garnituru, jak na biznesmena przystało, tylko zwykłe, jeansowe spodnie i koszulkę
polo. Ale to nie odwróciło uwagi dziewczyny na długo.
- Co z Tristą? – jej głos zabrzmiał władczo i jakby ciężko.
Nigdy wcześniej nie zwracała się tym tonem do żadnego z rodziców. Teraz jednak
wbiła swoje różnokolorowe oczy w twarz ojca. Zwykle speszyłaby się, gdyż
nienawidziła heterochronii całym sercem- jej oczy co prawda różniły się tylko o
dwa odcienie(niby bursztynowe, jednak lewe było zielono-żółte, gdzieniegdzie z
dodatkiem brązu, a prawe niemalże czekoladowe, z malutkimi przebłyskami żółci i
zieleni), tym razem intensywnie przeszywała wzrokiem pana Charltona.
-… uciekła z domu – dokończył mężczyzna. Niby coś jeszcze
mówił, ale jedyne, co docierało do Lei to bicie jej własnego serca i dziwny
szum. Wiedziała, że ucieczka z domu to bujda. Oznaczało to tylko jedno- Leandra
nie była jedyną osobą, która ucierpiała podczas tej pseudo-rutynowej akcji.
- Patrz prosto – oznajmił lekarz i wycelował w oczy Leandry
światełko swojej latarki(przynajmniej ona zawsze nazywała to latarką). – Jak się
nazywasz? – kontynuował lekko znużonym tonem, co wcale nie zachęcało dziewczyny
do współpracy.
- Leandra Joy Charlton – odpowiedziała równie
rozentuzjazmowanym tonem. W takiej chwili Trista powiedziałaby, że połamane
krzyże na opuszczonym cmentarzu mają w sobie więcej radości i życia, niż Lea.
Dziewczyna uśmiechnęła się na tę myśl, ale jej radość nie trwała długo. Tristy
nie było. Zniknęła…
- Wiek? – lekarz nie wykazywał zbytniego zainteresowania
rozmową.
- 16, prawie 17 lat – już chciała powiedzieć ,,nie twoja
sprawa”, ale to raczej nie zabrzmiałoby za dobrze. Przygryzła wargi i od razu
tego pożałowała. Jej usta były tak spękane, że pod wpływem lekkiego dotknięcia
zębów, zaczęły leciutko krwawić.
- Jaki mamy miesiąc? – usiadł przy biurku i zaczął coś notować.
- Marzec – przejechała językiem po zakrwawionej wardze i
przełknęła ślinę, wzdrygając się lekko. Myślami ciągle wracała do swojej
przyjaciółki, nie miała ochoty odpowiadać na bzdurne pytania lekarza. Zaczęła wpatrywać
się bezmyślnym wzrokiem w gips, który zakrywał jej całą prawą nogę. Próbując skupić
swoją uwagę na czymś mało istotnym, stwierdziła, że…
- Nie wyglądasz jak rozstawiony cyrkiel – usłyszała głos
lekarza i popatrzył na niego ze zdumieniem. Czyżby ten niewysoki, łysiejący
mężczyzna potrafił czytać w myślach? – Zapewne pomyślałaś na głos – dodał,
widząc jej speszoną minę. Pokiwała głową i wymamrotała coś, co miało brzmieć
jak ,,zapewne”.
- Chciałabym się z kimś zobaczyć – oznajmiła po kilku
chwilach ciszy. Lekarz na sekundę podniósł wzrok i wzruszył ramionami.
- Odwiedziny są do 18. Jest 14.28, więc proszę bardzo – znów
wzruszył ramionami. Traktując to jak zachętę, blondynka pożegnała się i
wyjechała wózkiem z sali badań. Cóż za ironia, jeszcze kilka dni temu jeździła
swoim ukochanym motocyklem, a teraz nie potrafiła nawet stanąć o własnych
siłach. Wyciągnęła telefon z kieszeni bluzy i wysłała Everettowi i Jasonowi
krótką wiadomość. Nawet nie sili al się na formułowanie dwóch oddzielnych-
użyła opcji ,,kilku odbiorców”. Zresztą, zawsze się tak kontaktowali.
Po trzydziestu minutach, które zdawały się trwać nieskończoność,
Charlton w końcu usłyszała pukanie do drzwi. Oczywiście, zanim odpowiedziała,
chłopcy weszli do sali. Jak zwykle- Everett szedł przodem. Jego ciemne, kręcone
włosy były trochę dłuższe niż zwykle i sięgały prawie do czekoladowych oczy
chłopaka, niemalże całkowicie zasłaniając jego ciemne brwi. Mimo, że miał na
sobie znoszone wycieruchy i ciemnoszarą koszulkę z logiem heavymetalowego
zespołu, rysy jego twarzy sprawiały, że wyglądał jak uroczy aniołek z
dołeczkami w policzkach pojawiającymi się za każdym razem, gdy jego pełne usta
wykrzywiały się w uśmiech, mówiący: ,,wiem, o czym myślisz. Wiem, że myślisz o tym, co
moglibyśmy razem robić”. Podszedł do Lei i posłał jej swój specjalny uśmiech. –
Wyglądasz jak śmierć, Dzwoneczku – przegarnął włosy dziewczyny i cmoknął ją w
czoło. Zachowywał się beztrosko, ale jego nastrój nie przeniósł się na nikogo.
Jason przeczesał dłonią swoje ciemnoblond włosy i niemalże bezszelestnie opadł
na krzesełko. Jedyny dźwięk jaki powstał, to szelest jego skórzanej kurtki. Nigdy
nie przepadał za oglądaniem przejawów czułości między Evandrą(tak nazywali ich
znajomi), więc zaczął czytać gazetę, która
leżała na stoliku obok. Z racji, że nie wziął okularów, zaczął trochę mrużyć swoje
jasne oczy, przez co jego twarz wydała się jeszcze bardziej drapieżna. Tak,
drapieżna to dobre słowo. Zwłaszcza, kiedy usta zacisnął w linię, jakby hamował
się przed powiedzeniem czegoś. Z racji, że od czytania bolały go oczy, odłożył
niezbyt ciekawe pismo i potarł ręką swój orli nos. Tego dnia wyglądał jakby
poważniej niż zwykle, chociaż jego już męskie rysy zazwyczaj wyglądały
poważnie. Pochylił się do przodu, opierając długie, trochę umięśnione ręce na
kolanach, po czym umieścił swoją kwadratową szczękę na koszyczku z dłoni.
Jeszcze niedawno był wysokim dzieciakiem z trochę za długimi kończynami, a teraz
wyglądał jak jakiś pociągający, czarny charakter. Przenikliwe spojrzenie
myśliwego, wyćwiczone mięśnie, ciemne ubrania i aura tajemniczości. Zawsze
jednak pozostawał w cieniu swojego przyjaciela, nawet, jeżeli wszystkim nad nim
górował- miał lepsze wyniki w nauce, większą wiedzę praktyczną, był bardziej
wysportowany, wyższy o dobre 12 centymetrów i przede wszystkim, w
przeciwieństwie do Everetta był godny zaufania. A jednak nie zależało mu na
pozycji lidera, często godził się na najgłupsze pomysły przyjaciela, jakby nie
wierzył w siebie. No cóż, nie wierzył. Przyzwyczaił się do bycia cieniem i nie
przeszkadzało mu to, zazwyczaj.
- Dobrze wiedzieć, że jakoś się trzymasz- oznajmił wypranym
z emocji barytonem, siląc się na słaby uśmiech, który po nanosekundzie zniknął
z jego twarzy. Jason często wydawał się na co najmniej 20 lat starszego niż w
rzeczywistości- sprawiał wrażenie zmęczonego życiem mężczyzny, mającego już o
wiele za duży bagaż doświadczeń. Wrażenie potęgowały podkrążone oczy, takie,
jak tego dnia.
- Ja też się cieszę, że was widzę – odparła równie sucho
Leadra i wzięła głęboki wdech. -…ale wiem, że Trista nie uciekła z domu- dodała
w oczekiwaniu na ich reakcję, nieświadomie przygryzła wargę, jeszcze bardziej
ją kalecząc. Jason potarł twarz dłońmi, jakby się mył lub chciał odpędzić
zmęczenie, wyprostował się na krześle i oparł plecami o chłodną ścianę. Everett
natomiast zaczął nerwowo bawić się końcówką bursztynowo-złotych włosów Lei i
zrobił dziwną minę, jakby przełknął coś niezwykle kwaśnego.
- Wiesz, jestem jakby bohaterem… - zaczął, a gdy tylko
wymówił słowo ,,bohater”, Jason prychnął cicho. -… dopilnowałem przejścia –
dokończył, nie zważając na reakcję przyjaciela i uśmiechnął się, czekając na
aplauz.
- Dopilnowałeś? – głos wyższego ociekał wręcz obrzydzeniem
do przyjaciela.
- Co? Nie rozumiem… - Lea nie wiedziała, na kogo ma patrzeć.
- Kiedy demon gruchnął w ciebie zaklęciem i zemdlałaś, Jason
zajął się tobą i wróciliście przez portal do starego magazynu. Wtedy ja
pomogłem Tris i skumulowałem jej moc, ale cały ten ich demoniczny gang był
cholernie blisko – odsunął się kawałek, żeby dziewczyna mogła widzieć całą jego
postać. Przerwał na chwilę, jakby chciał
zbudować większe napięcie. Ciszę przerywało tylko miarowe pikanie aparatury- od
razu po powrocie z badań, Leandra znów została podpięta do niekończącej się
ilości rurek. – więc musiałem nas ratować. Rozumiesz, żeby demony się nie
przedostały do naszego świata. Więc zniszczyłem portal. No wiesz, zbiłem lustro
na drobniutkie kawałki – nie musiał tego tłumaczyć, bo gdy odkryli lustro i
księgę, od razu dowiedzieli się, jak w razie potrzeby zniszczyć przejście. Swoją
drogą, od kiedy Charlton dowiedziała się, że lustro jest portalem do piekieł,
zaczęła spędzać przed swoim(nie-magicznym, nieobciążonym klątwą) znacznie mniej
czasu.
- Um… Trista oszalała i uciekła? – zapytała z niedowierzaniem
w głosie blondynka, przerywając ciemnowłosemu moment zadumy.
- To by była naprawdę
wspaniała alternatywa… - w głosie Jasona słychać było zawód i ból. To nie
oznaczało niczego dobrego.
- Nie. Uratowałem nas, ale Trista nie przeszła przez portal –
spuścił wzrok, czekając na werdykt.
- Co?! Jak mogłeś?! – pikanie aparatury gwałtownie
przyspieszyło, gdy Lea wpadła w szał. – Ty bezmyślna maso! Zrobiłeś z niej
MIĘSO ARMATNIE! – nie potrafiła opanować krzyku, chociaż jej głos się łamał. –
Zabierał te wstrętne łapy, tchórzu! Nienawidzę cię! Jak ty w ogóle możesz patrzeć
w lustro?!- krzyczała, jednak coraz ciszej, gdyż była coraz bardziej
wyczerpana. – Wynoś się! Nawet nie waż się tu wracać! – chłopak był wyraźnie
zszokowany tymi słowami.
- Ale…ale Dzwoneczku… - zaczął.
- Nie mów do mnie Dzwoneczku! Nic do mnie nie mów! Wynocha,
nienawidzę cię! – teraz jej głos bardziej przypominał szloch. Pierwszy raz
została nazwana Dzwoneczkiem przez Tristę, w pierwszej klasie podstawówki.
Przyjaciółka uznała bowiem, iż kiedy Lea się naburmuszy, wygląda zupełnie jak postać
z bajki. W tej sytuacji jednak każde wspomnienie związane z Tristą sprawiało
ból. Tak bardzo ją zawiedli, a Everett jeszcze chciał tytułować się bohaterem.
Świat zewnętrzny zupełnie nie docierał do panny Charlton. Zdała
sobie sprawę z tego, jak bardzo się trzęsie, gdy znalazła się w niepewnym
uścisku Jasona. No tak, znali się tyle lat, a tak naprawdę unikali swojego
dotyku. Chyba dlatego, że chłopak był tak nieśmiały, a Lea nie chciał go speszyć.
Ale teraz to blondyn wyszedł z
inicjatywą i to on szeptał słowa pocieszenia wprost do ucha dziewczyny.
Sama nie zdawała sobie sprawy z mijania czasu, ale Jason
najwyraźniej nie stracił orientacji w czasoprzestrzeni, gdyż kilka minut przed
osiemnastą odsunął się i popatrzył w oczy Lei.
- Hej, pewnie nie słuchałaś mnie za bardzo, ale teraz już
musisz – widać było, że stara się brzmieć pogodnie. Nie wychodziło mu to, ale
się starał. Patrzył w zapłakane oczy dziewczyny z pełnym skupieniem. – Kiedy znaleźliśmy
księgę i lustro, zanim uznaliśmy, że wypowiedzenie zaklęcia jest zabawniejsze
niż wywoływanie duchów- zaczął, zastanawiając się, czy Charlton już wie, o co
mu chodzi.
- Nieźle się zdziwiliśmy, kiedy zaklęcie faktycznie
podziałało – wywróciła oczami. Chłopak zrobił to samo i roześmiał się gardłowo.
- Nie mów, że o tym nie marzyłaś, podczas wypowiadania zaklęcia
– zrobił minę detektywa. - Ale nie mamy na to czasu. W księdze było napisane,
że dopóki możemy przedostać się do piekieł, dopóty mamy nasze moce. Więc… - nie
mógł dokończyć zdania, gdyż przyszedł lekarz dyżurny i kazał mu wyjść. Oczywiście,
jak na przykładnego obywatela przystało, Jason posłusznie opuścił salę. Na
odchodnym dodał tylko ,,sprawdź to” i już go nie było.
Muzyka zawsze przynosiła jej ukojenie, więc kilka minut po
wyjściu przyjaciela, jasnowłosa włączyła radio, które stało na szafeczce obok
jej szpitalnego łóżka. Z niemałym trudem wyplątała się z kabli i usadowiła na
wózku, po czym podjechała pod umywalkę i przemyła napuchniętą twarz. Powrót na
łóżko okazał się trochę łatwiejszy, niż wcześniej sądziła. Nie oznacza to
jednak, że należał do łatwych. Gdy już podpięła się do kroplówki, resztki
swoich sił skupiła na wyobrażeniu sobie płomienia. Wyciągnęła przed siebie dłoń
zaciśniętą w pięść, a kiedy ją otworzyła, powstał malutki płomyczek. Szybko
znów zacisnęła pięść i pierwszy raz tego dnia wydała z siebie westchnienie
ulgi.
Trzymaj się, Tris. Wrócimy po ciebie, obiecuję - ta myśl
ukołysała ją do snu.
_______
_______
Dziękuję, że dotarłeś/łaś aż tutaj. Z chęcią wysłucham opinii, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych.
Świetneeeeeee1 Czekam na dalsze rozdziały :D
OdpowiedzUsuń